Nomad to grupa, na którą zapewne nigdy nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie fakt, że album zespołu dołączony został do kolekcjonowanego przeze mnie magazynu „Thrash’em All”. I nawet mając krążek w rękach niczego wielkiego się po nim nie spodziewałem. Jednak do spróbowania troszkę muzyki Nomad zachęciła mnie obecność w składzie niejakiego Setha (tu funkcjonującego jako Patrick Seth Bilmorgh), znanego szerzej z pewnej mało znanej kapeli o nazwie Behemoth.
Na początek mały suprise i dezorientacja- mój komputer odnalazł na krążku 12 tracków, na odwrocie pudełka wymienione jest tylko 8. Szybko okazało się, że 4 pozostałe to takie miniaturki, intra, outra wszelkiego rodzaju, fajna sprawa, nadają posmak płycie. A teraz konkrety. Nomad atakuje sprawną i całkiem wciągającą mieszanką death i black metalu. W zasadzie całość zbudowana jest na dosyć prostych riffach, jednak dźwiękowa nawałnica brzmi w pełni zadowalająco. Mocne ciosy, takie jak np. utwór „Dies Irae (The Day Of Wrath)” zadowolą zarówno fanów wysmakowanej ekstremy w stylu Nile bądź wspomnianego Behemoth, jak i tych, którzy wolą nieco bardziej siłowe rozwiązania, charakterystyczne dla amerykańskich metalowców, np. Cannibal Corpse. Dla mnie osobiście najjaśniejszy punkt na tej płycie to utwór tytułowy. Świetny feeling, ciężar i napięcie jak należy, troszkę metalowego ‘oldskula’. Jednak cały album jest równy, nie potrafię wymienić tytułu, który jakoś wyraźnie odstawałby od reszty. Dobrą robotę odwala gardłowy i, zdaje się, głównodowodzący ekipy- niejaki Bleyzabel Balberith. Unika monotonii, trzyma swoim growlem w napięciu. Przy okazji- niech was nie zmylą dziwnie brzmiące ksywki muzyków- goście pochodzą z nadwiślańskiej krainy, z Opoczna bodaj, a ten zabieg z jakimiś dziwnymi, szatańskimi (Hydrant?) przezwiskami… Nie wiem po co, ale nie wadzi mi. Ah, jeszcze jeden numer, który od pewnego czasu siedzi mi w głowie- siedmiominutowy moloch „My True Home”. Świetna robota. W roli wisienki na torcie ciekawa przeróbka „IX” zespołu Bulldozer. Gdyby nie było napisane, że to cover, w życiu bym sam nie zgadł- świetnie pasuje do płyty.
Reasumując, Nomad to ekipa, która o ile się nie rozpadnie, może zamieszać na rodzimej scenie. Ale jeszcze nie teraz, „Independence Of Observation Choice” niknie przy Behemothach, Vaderach, Traumach, Antigamach, Decapitatedach wszelkiego rodzaju. Aczkolwiek spokojnie można wpisać ich do pierwszej jedenastki kadry B ekstremalnej muzyki w Polsce. Sprawny zespół, niezła płyta, kilka przebłysków. Muzycy Nomad mogą chodzić z podniesionym czołem.
8/10
NauM
Komentarze
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze. Zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.