I pozamiatane. Z płytami death metalowymi mam zazwyczaj tak, że muszę posłuchać trzy, cztery razy zanim zrozumiem. Są chlubne i niechlubne wyjątki od tej reguły. Jednym z chlubnych jest najnowsze dzieło Nergala i spółki. Oj, długo się zbierałem po pierwszym przesłuchaniu.
Odpalając płytkę “B.E.T.H.” zespołu o takiejże nazwie spodziewałem się muzyki zupełnie innej. Z czego się te moje przewidywania wzięły- nie mam pojęcia. Niemniej, gdy muzyka zaczęła grać poczułem się nieco rozczarowany. Potem jednak się pozbierałem i mimo, że daleki jestem od zachwytów nad zawartością krążka, stwierdziłem, że oto właśnie słucham kapeli, która wypełnia pewną bolesną, choć niezauważoną lukę w rodzimej muzyce.
Gdy po kilku latach funkcjonowania, próbowania, koncertowania, a żeby nie było tak kolorowo też wielu próbach woli, zgrzytach wewnętrznych, zmianach składu czy poszukiwania własnego brzmienia płocka formacja Borderline zabrała się do poważnego nagrywania debiutanckiej płytki demo, nie sądziłem, że otrzymam do rąk wydawnictwo na tak wysokim poziomie. Wszakże słuchałem wielu demówek róznych kapel z bardzo różnymi odczuciami, sam brałem udział w nagraniu jednej z takich płytek, to w tym momencie jestem gotów stwierdzić, że można zrobić coś oryginalnego i nie suwerennego w naszym i tak już hermetycznym Płockim światku rockowym.
Na jakiś czas przed pojawieniem się płyty “Undefinable” pojawiły się głosy, że Carnal wymięka, że już nie będzie ciężko, że jakieś za lekkie to wszystko będzie. Jednym słowem, że Carnal się zbliża do granicy grania pod publiczkę (jeśli można grać metal pod publiczkę). Przy różnych okazjach i na różnych publikacjach (EP “My Salvation” i split “Hellride Tour 3”) słyszałem kilka nowych utworów Carnal. Ale “Undefinable” należy oceniać w całości. A płyta zabija.
Rok 1989 był dobrym rokiem. Skończyłem wtedy roczek i bynajmniej nie interesowało mnie, czy ktoś gdzieś tam w niepoznanym świecie nagrał jakąś tam płytę. Na szczęście (dla mnie) nadrobiłem zaległości. W 1989 roku ukazała się kolejna płyta Black Sabbath- zespołu-legendy. Nosiła tytuł “Headless Cross”.
Wakacje to dla muzyków rockowych i metalowych sezon ogórkowy. Na rynku pojawia się bardzo mało wartościowych płyt, toteż postanowiłem powrócić do pewnych starszych nagrań. Na początek wybrałem debiutancki krążek kontrowersyjnych Niemców z Rammstein. Napisz komentarz
AC/DC to jedna z największych legend hard rocka. I jedna z tych kapel, które zawsze miały zadzior, pazur, jakkolwiek zwać by to ‘coś’, co sprawia, że muzykę kwintetu nie sposób nazwać inaczej jak rockiem. Australijczycy nigdy nie zbliżyli się do granicy, po której balansowały inne gwiazdy hard rocka tamtych lat- choćby Aerosmith czy Scorpions (to naprawdę były rockowe z krwi i kości kapele). Nie przekroczyli też granicy śmieszności, po której swojego czasu dumnie acz niepewnie stąpali np. Whitesnake, Gillan, czy nawet Dio. AC/DC zawsze wsadzało słuchaczowi petardę w tyłek. Napisz komentarz
Nomad to grupa, na którą zapewne nigdy nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie fakt, że album zespołu dołączony został do kolekcjonowanego przeze mnie magazynu „Thrash’em All”. I nawet mając krążek w rękach niczego wielkiego się po nim nie spodziewałem. Jednak do spróbowania troszkę muzyki Nomad zachęciła mnie obecność w składzie niejakiego Setha (tu funkcjonującego jako Patrick Seth Bilmorgh), znanego szerzej z pewnej mało znanej kapeli o nazwie Behemoth. Napisz komentarz
W ramach wstępu słów kilka na temat zespołu Sumatra. Powstali oni w roku 2006, podczas prób nieistniejącego już NothinGu, przy wspólnych jamm session "nafingowego" perkusisty Artura Woźniaka i Piotra "Szatka" Szatkowskiego (gitara). Powstało wtedy kilka numerów, które grają do dziś. Po rozpadzie NothinG'u do składu dołączył się basista Piotr Bieńkowski. Przez dłuższy czas bez wokalu pisali kawałki, by po długich namowach mikrofon dołożył do swego arsenału Szatek. Tak w kilku słowach można streścić to, jak powstał zespół. Kilka miesięcy temu wyszła spod ich palców pierwsza autorska demówka, która była raczej średnia, z powodu niezbyt dobrej jakości nagrań i małej ilości utworów. Ale na szczęście chłopaki wzięli się do roboty i wyprodukowali nowe dzieło, z tymi trzema kawałkami i sześcioma premierowymi.Napisz komentarz (Ilość komentarzy: 2)
Grupa Porcupine Tree dorobiła się niemałej popularności na świecie, a w szczególności w Polsce, przez 14 lat swojego istnienia. Wydając płyty dość często (co 2-3 lata) wytycza kanony dzisiejszego progresywnego grania. Pokazuje na nich swoją różnorodność i trzeźwe podejście do tego rodzaju muzyki. Wszystko potwierdza swoim ostatnim albumem o dziwnym tytule ‘Fear of a blank planet’Napisz komentarz
Al Sirat to zespół tyleż fascynujący co niedoceniany. I oryginalny sam z siebie. Może za mało jeszcze słyszałem, ale nie zdarzyło usłyszeć płytę, która skojarzyłaby mi się z „Warhead”. Jest to propozycja dla bardzo szerokiego grona odbiorców, od tych, którzy lubią thrash metal z Bay Arena poczynając, przez fanów Motorhead i Metallicy z czasów „…and justice for all”, na stoner metalowcach (rockowcach?) kończąc. Sporo tego. Napisz komentarz
Dream Theater nie jest zespołem rockowym. Napewno nie w takim znaczeniu tego słowa, jakie znamy na codzień. Dream Theater udowodnili nam już nie raz i to od dawna, że nie są taką formacją, obok której można przejść obojętnie. Osiem genialnych płyt studyjnych, kilka oficjalnych koncertówek i mnóstwo oficjalnych bootlegów. Każdy z nich prezentuje najwyższą klasę muzyczną tych panów. Ale kolejnym przejawem nie tyle co geniuszu, ale i odwagi jest ostatnio systematyczność wydawania kolejnych albumów. "Six Degrees Of Inner Turbulence", kilka miesięcy później "Train Of Thought", po dwóch latach niesamowite "Octavarium", a teraz znowu dwa lata później w nasze ręce wpada dziewiąty longplay - "Systematic Chaos".Napisz komentarz
Troszkę byłem zdziwiony. Bo Rootwater jakoś nic super świeżego nie stworzył. Na „Under” nawet folklorystyczne inklinacje są dosyć małe. A jednak płyta nie daje o sobie zapomnieć, bo mimo wszystko składają się na nią niebanalne rozwiązania, świetne melodie i charyzma muzyków.