Waglewski Wojciech – zasłużony dla polskiej muzyki niczym Bolek Chrobry dla Polski ogólnie. Fisz i Emade - Bartek i Piotr, Waglewscy zresztą, to muzycy kolejnego pokolenia, wyszli sobie od rapu, ale teraz grają całkiem swoje rzeczy, które w tej szufladce już się nie mieszczą. To, że nagrają kiedyś wspólną płytę było pewne, pozostawało pytanie kiedy... Niektórzy czekali na to już od dawna, namawiali, krzyczeli, inni tylko „spodziewali się tego” i chyba trochę obawiali się klapy. Czy cierpliwość tych pierwszych została nagrodzona?Napisz komentarz (Ilość komentarzy: 2)
Niezwykła. Tak jednym słowem można opisać krążek, który zatytułowany jest niby jednoznacznie – ‘Gospel’, ale gdy laser odtwarzacza dotknie poliwęglowej powierzchni kompaktu, usłyszymy wielowymiarowość tego albumu.
Wydaje się, że w dzisiejszych czasach muzyka osiągnęła swoje apogeum, że jest po prostu powielaniem wcześniejszych pomysłów – oczywiście nie twierdzę, że bije nudą i brak w niej świeżości. Pojawiają się coraz to nowe zespoły urozmaicając swoje dźwięki w taki sposób, że można szczerze powiedzieć ‘łał’. Nadal jednak istnieje myśl: ‘Gdzieś to już słyszałem’ czy ‘Acha! Słychać tutaj ten i ten zespół,’…ale czasami na świat wyglądają projekty, które potrafią nie tyle zaskoczyć, co olśnić! Taką grupą, a raczej supergrupą jest zdecydowanie Frost* i ich album pod tytułem ‘Milliontown’.Napisz komentarz
Sytuacja wygląda następująco: domowe zacisze, dopiero, co rozwinęliśmy nową płytę zespołu w Polsce mało znanego, o tak naprawdę nic niemówiącym (jak na razie) tytule i okładce, krążek wylądował w odtwarzaczu, my siadamy wygodnie w fotelu i naciskamy ‘Play’…
…z każdą następną sekundą, dźwiękiem, utworem otwieramy coraz szerzej oczy, wyostrzamy słuch i wychylamy się coraz bardziej w stronę głośników, nie mogąc nadziwić się temu, dlaczego wcześniej nie słyszeliśmy o tej grupie, a jak słyszeliśmy to, dlaczego nie zwróciliśmy na niego większej uwagi.
Słowem wstępu można by przedstawić człowieka, który okazuje się łamie wszelkie stereotypy polskiego rockowego instrumentalisty. Michał "Jelonek" Jelonek znany jest nam głównie z aktywnej działalności w grupie Hunter, Orkiestry Dni Naszych, czy też Ankh. Ale mało kto wie, że jego skrzypce brały udział w sesjach nagraniowych wielu znanych wykonawców naszej masowej sceny muzycznej (Łzy, Perfect, Szwagierkolaska, T-Raperzy znad Wisły, Wilki). Muzyk to znany i lubiany przez nasze gwiazdy, do tej pory siedział raczej w cieniu. Lecz najwyraźniej zapragnął pokazać się od innej strony, stąd debiut solowy.Napisz komentarz
Hedfirst się zmienił. Wyszlachetniał. Wyostrzał. Na albumach “Hedfirst” i “Scarismatic” muzyka była niezwykle masywna, brudna. Był to jeden wielki muzyczny walec, ściana dźwięku nieprzeciętnej grubości. Ściana dźwięku pozostała. Walec zamienił się w samurajską katanę, niebywale ostrą, szybką i precyzyjną. Błyszczącą, niebezpieczną. I dobrze.
Na premierę debiutanckiego materiału grupy Ambush przyszło nam czekać 2 lata. Przez te dwa lata zespół borykał się z problemami związanymi ze zmianami składu. Przez te 2 lata grupa rozegrała 3 koncerty. Właśnie podczas tych scenicznych prezentacji ich umiejętności skład powoli sie krystalizował. Efektem końcowym jest to demo, którego treść mam zamiar Wam naświetlić.Napisz komentarz
Ciężko pisze się recenzję płyty, o której sami twórcy piszą we wkładce: “Na tej płycie wszystkie niedociągnięcia, fałsze i błędy są zamierzone. Tak miało być od samego początku, z taką wizją zespół wszedł do studia i to udało mu się osiągnąć i nikt nie może się do tego przyczepić, a jak się przyczepi to jego stara prała w rzece.” I co teraz o takim zespole myśleć? Albo rzeczywiście jest tak, jak napisali, albo boją się krytyki. Albo jedno i drugie, z przewagą pierwszego.
Panowe z Riverside uderzyli bardzo mocno w rynek muzyki progresywnej swoją płytą Second Life Syndrome w 2005 roku. Stali się punktem zainteresowania nie tylko dla polskich koneserów rocka. Ich nazwa jest dobrze znana w Niemczech, Francji, a chyba największym wyróżnieniem były słowa Mike Portnoy'a z Dream Theater: Jest to jedna z najlepszych płyt 2005 roku. Zapewne dzięki temu zostali zaproszeni na wspólną trasę po Europie z Teatrem Marzeń. A teraz w nasze ręce trafia ich najnowszy krążek noszący tytuł Rapid Eye Movement. Jest to zamknięcie cyklu Reality Dream, historii, która rozciągnęła koncept na trzy albumy.Napisz komentarz
Pozwolę sobie w ramach wstępu do tej recenzji przytoczyć fragment konferansjerki Lemmy'ego: “Ok, we are Motorhead... AND WE PLAY ROCK N' ROLL!!!” I zaczęli. Napisz komentarz
Black Stone Cherry zwiastuje jakoby powrót starego dobrego blues rocka, a przynajmniej muzyki mocniej zakorzenionej w twórczości takich kapel jak np. Led Zeppelin. BSC zostali okrzyknięci objawieniem sceny, z miejsca stali się gwiazdami. Oby się chłopakom w głowach nie poprzewracało, młodzi ponoć są. I szczerz mówiąc nie widzę w tym przypadku jakiegoś specjalnego błysku niebywałej wielkości talentu- jedynie powrót do starych patentów i podanie ich na nowiutkim talerzyku.Napisz komentarz
I pozamiatane. Z płytami death metalowymi mam zazwyczaj tak, że muszę posłuchać trzy, cztery razy zanim zrozumiem. Są chlubne i niechlubne wyjątki od tej reguły. Jednym z chlubnych jest najnowsze dzieło Nergala i spółki. Oj, długo się zbierałem po pierwszym przesłuchaniu.
Odpalając płytkę “B.E.T.H.” zespołu o takiejże nazwie spodziewałem się muzyki zupełnie innej. Z czego się te moje przewidywania wzięły- nie mam pojęcia. Niemniej, gdy muzyka zaczęła grać poczułem się nieco rozczarowany. Potem jednak się pozbierałem i mimo, że daleki jestem od zachwytów nad zawartością krążka, stwierdziłem, że oto właśnie słucham kapeli, która wypełnia pewną bolesną, choć niezauważoną lukę w rodzimej muzyce.